Matura zbliża się do mnie wielkimi krokami i raczej bez przyłożenia się do jej zdania będzie nieciekawie, dlatego czas zacząć działać. Na egzaminach zamierzam zdawać rozszerzoną matematykę i rozszerzoną fizykę i oczywiście przedmioty obowiązkowe, czyli podstawową matematykę, podstawowy język polski i podstawowy język obcy (angielski). Niestety (a może to i lepiej) moja matura nie będzie już wyglądać tak jak poprzednie. Jeśli chcę zdawać rozszerzenie z jakiegoś przedmiotu, to muszę zdawać też podstawę. Minusem tego rozwiązania jest to, że gdy chcę zdać podstawę i rozszerzenie, to muszę siedzieć w szkole od rana do wieczora, bo oba egzaminy z danego przedmiotu są w tym samym dniu… Koniec narzekania, bo nic ono nie pomoże. Jestem raczej w komfortowej sytuacji jeżeli chodzi o matematykę, bowiem moja nauczycielka (i wychowawczyni) mimo wszystko ma głowę na karku i potrafi zorganizować czas na naukę tak więc zamiast 5 godzin matematyki w pierwszym półroczu będzie ich 7, bo całą klasą zgodnie poświęciliśmy tzw. godzinę wychowawczą na kolejną lekcję matematyki i tzw. godzinę społeczną, którą raz w tygodniu nauczyciel musi odpracować (podobno weszła w życie jakaś ustawa w związku z godziną do odpracowania) wychowawczyni poświęci na kolejną lekcję matematyki (tylko dla osób zdających rozszerzenie). Kolejne 2 godziny tygodniowo, na których będę się uczył matematyki związane są związane z nowym projektem pt. “Równe szanse”, w którym będę brał udział, aczkolwiek będą tam przekazywane rzeczy spoza obowiązującego zakresu materiału w liceum. W sumie daje to 9 godzin matematyki tygodniowo, na które składają się: 2 godziny powtórzeń, 4 godziny bieżącego materiału, 1 godzina powtórzeń (tylko dla zdających rozszerzenie) oraz 2 godziny matematyki nadprogramowej (granica ciągu, całki, itp.). Ponad to wszystko już od tego tygodnia spędzam 2 godziny dziennie (wyłączając piątek) na powtarzaniu matematyki. Sądzę, że to wystarczy. Problemem jest natomiast fizyka. Tylko 3 godziny tygodniowo to moim zdaniem zdecydowanie za mało. Myślę jednak, że jakoś zorganizuję sobie czas w sobotę lub niedzielę na 3-4 godziny fizyki. O polski i angielski się raczej nie martwię. W wakacje zacząłem sporo czytać (książki po angielsku i po polsku) i sądzę, że mój styl pisania, oraz słownictwo do matury powinno się wzbogacić wielokrotnie. Oczywiście materiał powtarzać będę, bo nie sposób czegoś nie zapomnieć w ciągu 3 lat. Szkolna rozpiska zajęć obowiązuje tylko do stycznia. Później będą tylko fakultety, czyli jeszcze więcej godzin matematyki i fizyki.
Korepetycje
Tak, to jest jakieś rozwiązanie, ale nie dla mnie. Na korepetycje chodziłem w życiu 3 razy i nie przyniosły one oczekiwanych rezultatów. Pierwszy raz na angielski w grupie i… I właściwie nic, tyle ile umiałem przed rozpoczęciem korepetycji, tyle samo umiałem po. A uczęszczałem na zajęcia przez rok. Później poszedłem na korepetycje z matematyki do jakiejś nauczycielki uczącej w szkole średniej i gdy pokazałem jej zadania jakie rozwiązuję to się za głowę złapała i nie wiedziała jak je rozwiązać (dosłownie). Od razu zrezygnowałem. Ostatnią moją korepetytorką była pani, która już ma wyrobioną renomę w tym “biznesie” i niejeden prymus z mojej szkoły do niej na lekcje przychodził. Chodziłem ze 4 miesiące raz w tygodniu, rozwiązywałem bieżący materiał i moje oceny w ogóle nie uległy zmianie. Owszem, czasami potrafiła przedstawić prostszy sposób rozwiązania jakiegoś zadania niż ten, z którego korzystaliśmy na lekcji, ale w większości tłumaczyła podobnie, jak nie identycznie. No i niestety na korepetycje chodziłem z jeszcze większą niechęcią niż do szkoły. Wolę sam się przygotowywać, aniżeli z czyjąś pomocą…
Jak się uczę?
Ano moim ogromnym problemem było skupienie się. A to kot zeskoczył z krzesła, a to rodzeństwo krzyknęło, a to czajnik zaczął gwizdać, a to jakiś hałas na dworze. Wszystko mnie rozpraszało, nie mogłem się odnaleźć w wykonywanej czynności co skutkowało np. spędzeniem godziny na 1 przykładzie, lub kompletnym oderwaniem się od książek z przekonaniem “będzie co będzie, trochę wiem na pewno”. Złotym środkiem okazały się powszechnie dostępne stopery do uszu. Teraz mi nic nie przeszkadza, rozwiązuję zadania i nawet nie wiem kiedy mijają 2 godziny, które sobie “odłożyłem” na naukę. Na szczęście wszelkie przedmioty, gdzie trzeba było stosować tzw. “pamięciówkę” (biologia, geografia, historia, chemia, wok) już są za mną. Zostało mi tylko czytanie (polski, angielski i wos) oraz rozwiązywanie zadań (fizyka, matematyka) i tak też się uczę. A stopery w uszach znacznie mi w tym pomagają.
