Archiwum dla ‘To mi się nie podoba’ kategoria

Diabolo pomidoro trolololo

05-17-2012

Ależ jestem dumny z tytułu, który właśnie wymyśliłem! Patrzę i morda mi się cieszy jakbym widział dobre piwo. Ale do rzeczy.

Dziś nie będzie o trolach, ani też o pomidorach, będzie za to o cudownym dziele Blizzarda jakim oczywiście jest seria gier Diablo. Jestem maniakiem tej gry, choć w sumie maniak to chyba złe określenie… Tak, jest złe. Dobrym jest natomiast to: chorobliwie uzależniony maniak.

Tak, tak, przyznaje się do tego, seria Diablo sprawiła, że w ogóle nie pamiętam gimnazjum (o ile wiem, to się z tego kiedyś cieszyłem), końców podstawówki też nie pamiętam, w liceum zaś obudziłem się gdzieś na przełomie 2 i 3 roku i zauważyłem jaki ten świat jest brzydki. Ale mniejsza o moje doświadczenia z przeszłości. Jak wiecie (no bo kto nie wie?!) swoją premierę miała trzecia część serii. Oczywiście kasa odłożona była już jakieś pół roku wcześniej. W dniu premiery, po śniadaniu i po zajęciach, przeszedłem się do Empiku we Wrocławiu w celu nabycia własnego egzemplarza Diablo III i jak się pewnie domyślacie nie zastałem już ani jednej sztuki na stanie. No coż… Pudełko do szczęścia nie jest mi potrzebne, a więc stwierdziłem, że kupię sobie tylko klucz.

No więc po powrocie do hacjendy zabrałem się za przeglądanie Allegro i… No i coś pękło.

Dlaczego za sam klucz do gry mam płacić tyle co za wersję w pudełku?! No dobrze, zdarzały się oczywiście wersje za 155zł, ale to chyba też leciuteńka przesada prawda? Za taką cenę to ja już wolę dodać parę złotych i kupić pudełko. Ale jak ktoś jest oszczędny ponad wszystko to może mu się ta oferta spodoba. A co z pudełkiem? Na Allegro jeszcze gorzej. 229 przy cenie w Empiku 169? Ktoś tu chyba pomylił cyferki na klawiaturze. A co z wersją kolekcjonerską? Nawet nie pytajcie. Cena w Empiku 359, cena na Allegro? 600zł. Minimum 600!

Jak już wspomniałem wyżej, jestem chorobliwie uzależnionym maniakiem serii Diablo. Ale nie debilem. A tych, jak widać po statystykach sprzedaży na allegro, nie brakuje…

Zaczekam aż znów będzie można dostać grę w sklepie za duże, ale w porównaniu z obecnymi cenami na allegro, bardzo przyzwoite 169zł.

 

Uda się, czy się nie uda?

05-16-2012

Tytuł dziwaczny, może teraz jakiemuś przypadkowemu internaucie wyda się tak nie jest, ale zapewniam, że jest. Dlaczego? No cóż… Ponieważ dotyczy studiów, których mam dość (zawsze przy okazji sesji mam dość), a pisać zamierzam o czym innym.

Właściwie to w ogóle nie zamierzałem, przecież wczoraj wpadły tu 3 wpisy, ohh wait… no tak, nie chciało mi się ich pisać…

Czyste szaleństwo! Jak mawiał kiedyś – niezwykle melancholijnym tonem – mój znajomy z pracy.

No to żale (te ze studiami, bo żalić się będę do końca wpisu pewnie) w sumie już wylałem, dzisiaj robię sobie wolne, jutro może już się wezmę do roboty. Nie, nie, żadnych list “to do” i tym podobnych dziwów robić nie będę, żadnych też technik zapamiętywania, motywacji, relaksacji i innych tego typu złudnych ćwiczeń, którymi będę sobie wmawiał, że mi się chce, że przecież czuję się świetnie. Mam te bzdury już za sobą. Jedyne co z tego wyniosłem to pewność, że już więcej do tego nie wrócę. Rozumiecie mnie prawda?

Od zawsze byłem sceptykiem i pesymistą, czasem skrajnym i nie wiem po co próbowałem w sobie zaszczepić nutkę optymizmu, z nadzieją, że się rozwinie i stanę się niepoprawnym optymistą i będę jak te wszystkie sztucznie uśmiechnięte twarze na vlogach zachwycał się cudownymi skutkami picia szklanki wody przed egzaminem. Teraz każdej powiem: bracie, nie wiem jak ty, ale ja w życiu wypiłem przynajmniej sześć tysięcy szklanek wody i co? I gówno, geniuszem nie jestem. Dobrze mi było wcześniej, ale przyszło coś takiego dziwnego, w sumie nie wiadomo skąd to cholerstwo przywiało, pewnie z zachodu, jak to większość rzeczy w naszej Polsce. Cóż to takiego spytacie? No oczywiście chodzi o blogi! Nic innego jak tylko to przeklęte blogi. Oczywiście nie wszystkie, o nie… Tylko te o rzekomym rozwoju osobistym, które głównie traktują o motywacji do działania. Wiadomo, człek z natury jest leniwy i trzeba go kopać od tyłu w dupsko, bo inaczej się nie ruszy, a jak chce się ruszyć sam, to potrzebuje jakiejś motywacji, o której kiedyś coś tam gdzieś na jakimś filmie, albo kolega coś tam, a w sumie to nie ważne. Wklepuje szybciutko w Google frazę motywacja, ale co to? No nic, nic nie ma, no to może… A tak wiem! Techniki motywacji! I czyta, czyta, i godziny lecą, ale trzeba przeczytać do końca! Bo tak super napisane, bo koleś taki pozytywny, bo… I tak dalej. I co z tego wynika? Ano nic kompletnie z tego nie wynika. No oczywiście prócz tego, że nie robisz tego co musisz. A właśnie, musisz! To jest słowo, które kiedyś ktoś kazał mi wyrzucić ze słownika, bo jest be. Zamiast niego miałem wmawiać sobie, że chcę. Ok, niech tak będzie.

O, czajnik piszczy, muszę iść wyłączyć. Ale chwila! Nie muszę, ja chcę go wyłączyć, bo jak nie wyłączę to… No właśnie, co? W sumie to już nie chcę wyłączyć, niech się zagwiżdże na śmierć.

Ciut inaczej: O, czajnik piszczy, muszę iść wyłączyć. Ale chwila! Nie muszę, ja chcę go wyłączyć, bo jak nie wyłączę to… no tak, pewnie wkurzę współlokatora, albo może się spali, albo bóg go za mnie wyłączy, a może, a może pójdę go po prostu wyłączyć? Ale zaraz, już nie piszczy, ach tak, już się wkurzył mój drugi współlokator, już go wyłączył. Szkoda, że nie ma nóg, może bym nie musiał tyle myśleć nad tym co zrobić.

No dobra, dobra, bo wpis wyjdzie długi jak tasiemiec, a po co to komu czytać? Do czegóż zmierzam? Nie ma czegoś takiego jak motywacja, zrozumiano? Jeżeli cię coś ciekawi, to to zrobisz, jeżeli chcesz to też zrobisz, bo skoro chcesz, to jakim cudem może ci się nie chcieć? No i ostatnie, jeśli musisz, to oczywiście też to zrobisz choćbyś stanął na głowie. Bo jeśli jednak tego nie zrobisz to znaczy tylko że nie musiałeś, bo przecież jeszcze żyjesz prawda?

Jedyne czego każdemu brakuje to konsekwencja i samozaparcie.

Dziwię się, że żadnym wulgarnym słownictwem nie zarzuciłem przy okazji tego wpisu, no oprócz tego “gówna”, ale czy kupa może być wulgarna? To jest pytanie na dziś! A w sumie, to na jutro, albo kiedyś tam, kiedy znów zachce mi się pisać.

Kolejny powrót do pisania i opinia o The Avengers

05-15-2012

Zadziwiające. Są takie dni w roku, kiedy mam ochotę pisać niezliczoną ilość postów. Tematy krzątają się w głowie jak opętane, a ja zobowiązuje się do regularnego pisania i… gówno z tego wychodzi. Z drugiej jednak strony ten blog nigdy nie był nastawiony na zarabianie kasy, więc co mnie obchodzi czy ktoś tu wchodzi, czy nie, nie będę pisał regularnie jak mi się nie chce, bo po co? Ale z kolejnej strony zawsze lubiłem pisać na blogu, był jakąś tam możliwością wyrzucenia z siebie niepotrzebnych emocji. Tak będzie i tym razem.

Aha, zapomniałem dodać, że znów mam wenę twórczą na pisanie. Nie zobowiązuję się jednakże do niczego, dziś pewnie pojawią się 2-3 (a może i więcej, a może w ogóle) wpisy, ale czy kolejny pojawi się jutro, za tydzień, za miesiąc, czy za rok, tego nie gwarantuję.

Hmm, przejdźmy do chłamu jakim jest The Avengers. W mediach huczy od paru miesięcy o tej produkcji. Co rusz byłem zapraszany do kina przez reklamy telewizyjne, świecące bilbordy i inne tego typu rzeczy. Skusiłem się więc i do kina poszedłem.

Zmarnowałem 2 godziny życia.

Film jest do niczego. Jedyne co go ratuje to niemal końcowa scena z Hulkiem i Lokim. Amerykanie jak zwykle niszczą jedno ze swoich miast, co już dawno stało się nudne. Słabo wykorzystany został wątek z niebieskim sześcianem (wybaczcie, nazwy nie pamiętam). Zadziwiające było to, że w Thorze zniszczono bramę w Azgardzie, a tutaj nagle Thor spada z nieba. Loki natomiast nie może spaść z nieba, musi na odległość się teleportować przy pomocy mocy sześcianu, który znajduje się na ziemi.

Może jak ochłonę, to dodam coś więcej.

Black Friday, czyli co nieco o czarnym piątku

11-26-2010

Może jestem przewrażliwiony, ale za  nic nie potrafię zrozumieć intencji brukowców w publikowaniu wpisów dotyczących czarnego piątku i tego, jaki to był udany dzień dla handlowców z USA. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w Stanach mieszka ponad 20 milionów Polaków, ale 40 milionów mieszkających w Polsce naprawdę niewiele obchodzi to, że biedni Amerykanie mogli w piątek zakupić 32-calowy telewizor LCD za 350 złotych, a przecież głównym targetem gazet wydawanych w Polsce jest chyba ludność zamieszkująca jej granicę – prawda?