Post otagowany jako ‘to mi się nie podoba’

Uda się, czy się nie uda?

05-16-2012

Tytuł dziwaczny, może teraz jakiemuś przypadkowemu internaucie wyda się tak nie jest, ale zapewniam, że jest. Dlaczego? No cóż… Ponieważ dotyczy studiów, których mam dość (zawsze przy okazji sesji mam dość), a pisać zamierzam o czym innym.

Właściwie to w ogóle nie zamierzałem, przecież wczoraj wpadły tu 3 wpisy, ohh wait… no tak, nie chciało mi się ich pisać…

Czyste szaleństwo! Jak mawiał kiedyś – niezwykle melancholijnym tonem – mój znajomy z pracy.

No to żale (te ze studiami, bo żalić się będę do końca wpisu pewnie) w sumie już wylałem, dzisiaj robię sobie wolne, jutro może już się wezmę do roboty. Nie, nie, żadnych list “to do” i tym podobnych dziwów robić nie będę, żadnych też technik zapamiętywania, motywacji, relaksacji i innych tego typu złudnych ćwiczeń, którymi będę sobie wmawiał, że mi się chce, że przecież czuję się świetnie. Mam te bzdury już za sobą. Jedyne co z tego wyniosłem to pewność, że już więcej do tego nie wrócę. Rozumiecie mnie prawda?

Od zawsze byłem sceptykiem i pesymistą, czasem skrajnym i nie wiem po co próbowałem w sobie zaszczepić nutkę optymizmu, z nadzieją, że się rozwinie i stanę się niepoprawnym optymistą i będę jak te wszystkie sztucznie uśmiechnięte twarze na vlogach zachwycał się cudownymi skutkami picia szklanki wody przed egzaminem. Teraz każdej powiem: bracie, nie wiem jak ty, ale ja w życiu wypiłem przynajmniej sześć tysięcy szklanek wody i co? I gówno, geniuszem nie jestem. Dobrze mi było wcześniej, ale przyszło coś takiego dziwnego, w sumie nie wiadomo skąd to cholerstwo przywiało, pewnie z zachodu, jak to większość rzeczy w naszej Polsce. Cóż to takiego spytacie? No oczywiście chodzi o blogi! Nic innego jak tylko to przeklęte blogi. Oczywiście nie wszystkie, o nie… Tylko te o rzekomym rozwoju osobistym, które głównie traktują o motywacji do działania. Wiadomo, człek z natury jest leniwy i trzeba go kopać od tyłu w dupsko, bo inaczej się nie ruszy, a jak chce się ruszyć sam, to potrzebuje jakiejś motywacji, o której kiedyś coś tam gdzieś na jakimś filmie, albo kolega coś tam, a w sumie to nie ważne. Wklepuje szybciutko w Google frazę motywacja, ale co to? No nic, nic nie ma, no to może… A tak wiem! Techniki motywacji! I czyta, czyta, i godziny lecą, ale trzeba przeczytać do końca! Bo tak super napisane, bo koleś taki pozytywny, bo… I tak dalej. I co z tego wynika? Ano nic kompletnie z tego nie wynika. No oczywiście prócz tego, że nie robisz tego co musisz. A właśnie, musisz! To jest słowo, które kiedyś ktoś kazał mi wyrzucić ze słownika, bo jest be. Zamiast niego miałem wmawiać sobie, że chcę. Ok, niech tak będzie.

O, czajnik piszczy, muszę iść wyłączyć. Ale chwila! Nie muszę, ja chcę go wyłączyć, bo jak nie wyłączę to… No właśnie, co? W sumie to już nie chcę wyłączyć, niech się zagwiżdże na śmierć.

Ciut inaczej: O, czajnik piszczy, muszę iść wyłączyć. Ale chwila! Nie muszę, ja chcę go wyłączyć, bo jak nie wyłączę to… no tak, pewnie wkurzę współlokatora, albo może się spali, albo bóg go za mnie wyłączy, a może, a może pójdę go po prostu wyłączyć? Ale zaraz, już nie piszczy, ach tak, już się wkurzył mój drugi współlokator, już go wyłączył. Szkoda, że nie ma nóg, może bym nie musiał tyle myśleć nad tym co zrobić.

No dobra, dobra, bo wpis wyjdzie długi jak tasiemiec, a po co to komu czytać? Do czegóż zmierzam? Nie ma czegoś takiego jak motywacja, zrozumiano? Jeżeli cię coś ciekawi, to to zrobisz, jeżeli chcesz to też zrobisz, bo skoro chcesz, to jakim cudem może ci się nie chcieć? No i ostatnie, jeśli musisz, to oczywiście też to zrobisz choćbyś stanął na głowie. Bo jeśli jednak tego nie zrobisz to znaczy tylko że nie musiałeś, bo przecież jeszcze żyjesz prawda?

Jedyne czego każdemu brakuje to konsekwencja i samozaparcie.

Dziwię się, że żadnym wulgarnym słownictwem nie zarzuciłem przy okazji tego wpisu, no oprócz tego “gówna”, ale czy kupa może być wulgarna? To jest pytanie na dziś! A w sumie, to na jutro, albo kiedyś tam, kiedy znów zachce mi się pisać.

Black Friday, czyli co nieco o czarnym piątku

11-26-2010

Może jestem przewrażliwiony, ale za  nic nie potrafię zrozumieć intencji brukowców w publikowaniu wpisów dotyczących czarnego piątku i tego, jaki to był udany dzień dla handlowców z USA. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w Stanach mieszka ponad 20 milionów Polaków, ale 40 milionów mieszkających w Polsce naprawdę niewiele obchodzi to, że biedni Amerykanie mogli w piątek zakupić 32-calowy telewizor LCD za 350 złotych, a przecież głównym targetem gazet wydawanych w Polsce jest chyba ludność zamieszkująca jej granicę – prawda?